Od ponad miesiąca szkoły są zamknięte, dzieci i młodzież musiały powrócić do swoich domów czekając na dalsze informacje. Zostało wydane rozporządzenie o zakazie zgromadzeń, zakaz przewożenia ludzi publicznymi środkami, zamknięte granice, zakaz poruszania się od 7:00 wieczorem do 6:00 rano, mycie rąk i unikanie witania się otwartą dłonią.

 

Niewielka różnica przed i w trakcie epidemii

Na pewno wiele osób czeka na jakiekolwiek wiadomości z Południowego Sudanu, szczególnie w tym czasie epidemii. Od dłuższego czasu zabierałem się na pisanie, ale nie wiedziałem za bardzo, o czym. Od ostatniego czasu wiele się działo w Europie czy Ameryce, ciężko się słuchało o ilości zakażonych czy zgonów. My jednak wciąż czekamy na to, co się wydarzy u nas w Yirol.

Od ponad miesiąca szkoły są zamknięte, dzieci i młodzież musiały powrócić do swoich domów czekając na dalsze informacje. Zostało wydane rozporządzenie o zakazie zgromadzeń, zakaz przewożenia ludzi publicznymi środkami, zamknięte granice, zakaz poruszania się od 7:00 wieczorem do 6:00 rano, mycie rąk i unikanie witania się otwartą dłonią.

Jaka jest obecna sytuacja w Yirol?

Wychodząc na ulice Yirol, nie zmieniło się nic. Tłumy na ulicach, ludzie grają w domino pod drzewem, co kilka metrów restauracje pełne ludzi, którzy piją kawę czy herbatę, dzieci biegające i grające w piłkę. Pasterze grupami przemieszczają się po Yirol i wieczorem wracają do swoich krów. Nasze miasteczko tętni życiem.

Znając troszkę kulturę tutejszej ludności nie dziwi mnie ich postępowanie. Ludzie przeżyli wiele ciężkich chwil, musieli uciekać wiele razy od wojny i od śmierci. Malaria i inne choroby odbierające życie częściej niż koronawirus stały się codziennością. Zawsze ludzie kierowali się tym, że przeżyje najsilniejszy. To co ludzi trapi dzisiaj to problem, jak wyżywić rodzinę do czasu zbiorów (do września) i jak zdobyć orzeszki ziemne, aby obsadzić pole. Wczoraj Nuer napadło na wioskę w naszej parafii zastrzelono dwie osoby; w Rumbek ktoś ginie, co drugi dzień; niedaleko nas grupa młodych organizuje się zbrojnie, aby napaść na wojsko, które planuje ich rozbroić i zabrać im karabiny.

A w wiadomościach mówią – koronawirus, ilość zgonów – zero.

Ponieważ śmierć kroczy z ludźmi ramię w ramię, ludzie się jej nie boją. Wiele razy słyszałem jak mówili – jak pan Bóg zechce to przeżyjemy, widziałem dzieci z malarią leżące pod drzewem, bez żadnych lekarstw – jak Bóg zechce to przeżyje. Widziałem młodzież z bronią, która nie boi się napadać na innych z ryzykiem, że sami zostaną zastrzeleni. I tak samo dzieje się przy koronawirusie – Pan Bóg się nami zajmie – mówią.

Co z naszą parafią?

Od kiedy szkoły zostały zamknięte i weszło rozporządzenie o zakazie zgromadzeń musiałem odwołać nasze msze niedzielne, które gromadziły sporą liczbę ludzi i odwołałem spotkania naszych grup parafialnych. Parafia chwilowo zamarła. Jednak z modlitw nie rezygnujemy. Codziennie mamy mszę rano w kościele a wieczorem różaniec (otwarte dla wszystkich). Ponieważ ludzie nie mają w tradycji chodzenie do kościoła w tygodniu, przychodzi kilka osób. W niedzielę mamy mszę w kaplicy i potem prowadzę modlitwę w lokalnym radiu.

Oczywiście niektórzy się dziwią i pytają, dlaczego kościół jest zamknięty w niedziele, oczywiście tłumacząc, że Pan Bóg się wszystkim zajmie – a z resztą to choroba białych, która nas nie tknie. Dzieci czasami się pokręcą w niedzielę czekając na szkółkę niedzielną, ludzie się pytają czy w niedzielę mogą do nas dołączyć. Każdy czeka. W miejscu pierwszej ewangelizacji, gdzie protestantów jest duża większość, zamykanie naszego kościoła jest czymś bardzo trudnym. Szczególnie w sytuacji gdzie protestanci sobie nic z zakazów nie robią i normalnie prowadzą niedzielne modlitwy ze zgromadzonymi ludźmi.

Zawsze naszym zadaniem jako misjonarzy, było zachęcanie ludzi do modlitwy i kościoła czy zakładanie grup parafialnych, promowanie naszej działalności, organizowanie spotkań, formacja itd. Od miesiąca muszę mówić ludziom, nie ma modlitwy w niedziele, nie przychodźcie, a spotkania odwołane. Jest to dla mnie bardzo bolesne.

Być bliżej ludzi.

Jeżeli ludzie nie mogą przyjść, to trzeba do nich po prostu wyjść. Prawie codziennie odwiedzam rodziny, rodziców naszych dzieci, które należą do grup parafialnych, takich jak, ministranci, tancerze, chóry, szkółka niedzielna, grupa kobiet itp. Jest to prawdziwa okazja, aby być bliżej ludzi, aby poznać ich życiowe sytuacje, aby pomodlić się razem i pokazać, że jestem z nimi. Ponieważ dostałem trochę żywności od diecezji Rumbek i pozostało mi trochę żywności z dożywiania szkół, poprzez zamknięte szkoły – staram się pomóc ponad 150 rodzinom w tym trudnym czasie.

Ponieważ udało nam się ukończyć prace przy pierwszej kaplicy w Kowic, dzięki Fundacji księdza Piotra Skargi, dzielę się z wami zdjątkiem.